Nowa strona poniekąd będzie poświęcona opowiadaniu mojej przyjaciółki , siostry , umieszczamy je na 1 blogu dla wygody.
#SherLocked
PROLOG
Przedzieram się przez wielki las, stąpając po mokrej ziemi. Nagle coś, a raczej ktoś wychodzi mi na przeciw. Niestety budzę się. Niestety? Nie jestem w stanie dokładnie określić. Sen, a raczej koszmar nawiedza mnie od kilku dni. Tylko co jest jego przyczyną? Cały czas zadaje sobie to pytanie, ale nawet moja najlepsza przyjaciółka, która wie "wszystko" nie zna odpowiedzi.
#Rozdział 1
-Suzan! Obiad na stole! Chodź szybko, bo wystygnie.
Podnoszę się z łóżka i odstawiam komiksy na półkę. Schodzę po schodach do kuchni i jak zwykle się potykam. Niezdara ze mnie.
Po zjedzeniu obiadu, który i tak mi nie smakował (tata nie jest najlepszym kucharzem) biorę się za odrabianie lekcji. Myślę o mamie. Od pewnego czasu praca tak bardzo ją pochłania i niestety tata robi posiłki. Nawet niedawno spytałam się go czy nie potrzebuje pomocy, ale powiedział, że sam potrafi. No cóż.. To chyba dobrze.
Lekcje już przerobione. Nigdy nie byłam prymuską, ale muszę dostać się do jakiegoś dobrego liceum. Zmuszam się do snu, chcę po raz kolejny to zobaczyć. Może tym razem dowiem się kim jest ta tajemnicza istota.
Kolejny dzień w szkole, siedzę na stołówce z Eve i rozmawiamy. Nagle Ona odparowywuje.
- To brzmi jak coś z dobrych filmów - śmieje się Eve - biegniesz przez las i nagle bum! Jakiś koleś.
- Bawi Cię to? - przysiada się do nas Alec - Znów?
- Niestety, nie umiem tego kontrolować - wtóruje
Al patrzy na mnie przez chwilę dziwnym wzrokiem, a później zabiera się za swoją kanapkę. Zapadła krępująca cisza. Ręce mi się pocą, słabo mi. Wstaję by iść do łazienki, ale jest już za późno. Mdleję.
Budzę się w swoim pokoju. Nagle wchodzi mama. Tak, mama! Nareszcie będę mogła z nią pogadać. Przeliczyłam się. Wprowadza tylko Eve, obdarza mnie półuśmiechem i wychodzi.
- Poleciałaś jak kłoda - szczerzy zęby - dość mocno uderzyłaś o podłogę, wszystko w porządku?
- Chyba tak.
Przyjaciółka patrzy na mnie wyczekująco. Może chcę żebym zaczęła rozmowę? Nic z tego. Nie jestem zbyt gadatliwa.
- Zaprosiłaś już kogoś na bal? - zaczyna w końcu
- O czym ty mówisz? Aaa..
Bal na koniec roku. Nagle wszystko mi się przypomina. Udaję, że jestem tym niewzruszona.
- To jak kogo masz na oku?
- Nie wiem, głowa mnie boli, nie chcę mi się o tym myśleć.
- Suzan, masz jeszcze półtorej tygodnia.
- I co z tego? Hmm.. A może Alec? Pewnie pójdzie.
- Pewnie tak, ale.. Widzisz.. Ja już go zaprosiłam... Zgodził się.
Milczę. Głupio mi, ale zaraz to uczucie ustępuje.
- Chyba już pójdę, nie jesteś teraz w najlepszym stanie. Zaraz jak Ci się poprawi to pójdziemy do jakiegoś dobrego butiku kupić sukienkę, co ty na to?
- Wolałabym moje oszczędności wydać na coś co bardziej mi się przyda, na przykład jakąś nową książkę.
- Masz ich mnóstwo! No zobacz tylko. Książkę możesz zawsze kupić, ale wymówka żeby kupić dla siebie jakąś superową sukienkę nie zdarza się często.
- Nie kręci mnie jakoś moda, a poza tym nie jestem taka bogata jak ty. Nie mogę szastać pieniędzmi na prawo i lewo.
- To nie był dobry moment na tą rozmowę, przepraszam. Wyjdę już, odpoczywaj.
Nie odpowiadam. Nie dlatego, że mnie zdenerwowała, ale dlatego, że nie mam już siły na odpowiedź. Dopada mnie sen.
Wszystko się powtarza, ale nagle pojawia się coś nowego. Widzę kawałek jego twarzy. Zaraz! To kobieta. Co gorsza to osoba, którą znam.
Krzyczę, a parę sekund później tata wbiega do pokoju. Patrzy na mnie przerażony.
- Wszystko spokojnie, mała?
- Tak, tak. Przepraszam, że Cię obudziłam.
- Suzan, ale jest środek dnia - śmieję się serdecznie - leż sobie, zaraz zrobię coś do jedzenia.
- Nie, dziękuję tato, sama zrobię sobie kanapki.
- Jeśli tak wolisz.. A! Zapomniałbym. Mama zostawiła Ci jakiś list na stole w kuchni.
Bez chwili zastanowienia zrywam się z łóżka i pędzę go przeczytać.
#Rozdział 2
Znajduje na blacie jakiś kawałek papieru. Tak.. To rzeczywiście list, jakoś mi na niego nie wygląda. Ale w tej chwili nie obchodzi mnie jego wygląd, ale treść. Odwracam go. Jest na nim strasznie pobazgrane, to nie jest podobne do mamy, ale nie zwracam jakoś na to uwagi. Próbuję rozczytać wiadomość zostawioną od niej. Wydaję mi się, że to numer i ulica domu.. Ale czyjego? Gubię się w swoich myślach. Coś mi to mówi: White Street 286. Obok nazwy ulicy jest jakiś dziwny znaczek. Nie mam pojęcia co on może oznaczać.
Ojczym schodzi na dół. Przygląda mi się uważnie patrząc co teraz zamierzam zrobić.
- Muszę już iść, tato.
- Zwariowałaś? Dziecko, musisz odpoczywać.
- A właśnie, że nie. Muszę rozwikłać tą zagadkę. Jeśli w ogóle jakaś jest.
- Dziecko, o czym ty mówisz?
- Nie mów do mnie dziecko! Mam was dość! Wszystkich.
Tata osłupiał. Nigdy mu się nie sprzeciwiałam. Nie jestem buntowniczką, raczej prowadzę spokojny tryb życia. Może teraz coś się zmieni.
Idę do pokoju przebrać się i wziąć parę rzeczy. Nie wiadomo kiedy wrócę. Na myśl o tym przechodzą mnie dreszcze. Boje się, albo dramatyzuje. Tak to jest jak się ma za bardzo pobudzoną wyobraźnię. Biorę telefon, bo będzie mi on potrzebny do namierzenia budynku.
Wybiegam z domu dość szybko. Nawet nie patrzę na ojca, nie żal mi go. Trudno, mam już te 16.. No dobra, 15 lat, ale umiem o siebie zadbać, udowodnię to. Wsiadam na rower i włączam GPS w komórce. Dom namierzony, dość niedaleko stąd. Ostatnie przemyślenia.. Jednak decyduje się, jestem gotowa.
Jadę dość szybko, skręcam w różne uliczki i zakamarki, jest tu dość dziwnie i mrocznie. Dobrze, że nie jest ciemno. Wtedy na pewno bym się nie zdecydowała. Noc i ciemność to jedne z moich największych lęków. Zatrzymuje się. To tu, już czas. Widzę napis na wielkim budynku: "Instytut badań nad różnymi przypadłościami". Nie słyszałam nigdy o czymś takim. Parskam śmiechem. Dlaczego akurat "Nad różnymi przypadłościami"? I nagle oblewa mnie pot. Co to może znaczyć? Już nie ważne, to się nie liczy. Otwieram bramkę i dzwonię na dzwonek. Na spotkanie wychodzi mi jakiś starszy pan. Wygląda znajomo. Kiedy zaczyna mówić mam wrażenie, jakbym znała go od zawsze. Jest miły, cały czas poprawia okulary, nie wytrzymuje i wybucham śmiechem. Lekko zmieszany też się śmieję. Przypomina mi mojego zmarłego dziadka i to bardzo.
- Więc mówisz, że mama napisała Ci karteczkę? Ahh ta Glimmer. Zawsze coś namiesza - wyciąga z fartucha chustkę i wyciera nerwowo czoło.
Dokładnie to samo robił mój dziadek. Pamiętam go doskonale, pamiętam te szczegóły, choć miałam niewiele lat.
- Czy mogę zobaczyć się z moją mamą?
- Nie, to wykluczone. Ona teraz... Nie może.. Teraz jest.. Napijesz się herbaty?
Kiwam głową. Wchodzę za nim do pomieszczenia. Jeszcze nie wiem co mnie tam czeka.
#Rozdział 3
Wszystko w tym budynku jest białe. Meble, ściany, dziwne drzwi do pomieszczeń, których jest tutaj niezliczona ilość. Są tu także fotele, jakieś przyrządy, flakoniki i próbki. Czuję się jak w laboratorium.
Idę za mężczyzną do windy. Zamykają się drzwi, a on wciska tysiąc guzików na raz, ale winda nie rusza. Robi mi się niedobrze, jest tu gorąco i nie pachnie tu ładnie. Nagle odwraca się do mnie, ma już inny wyraz twarzy. Martwi się czymś.
- Obawiam się, że nie wyjedziemy. Coś się zepsuło, ponieważ kod dostępu nie działa. Musimy wyjść po schodach, tylko, że to czwarte piętro.
- Nic się nie dzieję, chętnie pójdę - kłamię - Czy pierwszy raz zdarza się coś takiego?
- Nie, nie.. - mówi podenerwowany - Chodź, już pójdziemy.
Nie wierzę mu, zaczynam się bać co mama ma wspólnego z tym miejscem.
- A tak w ogóle to mów do mnie George. Będzie mi milej.
Patrzę na niego wielkimi oczami, a ten wskazuje mi ręką drogę. Idziemy wąskim i długim korytarzem. Odwracam się by o coś zapytać, ale jest już za późno. Nie ma go. Ogarnia mnie panika, rozglądam się dokąd mam iść. Nagle z drzwi wychodzi kobieta. Z wyglądu ma mniej więcej 40 lat i chyba nie należy do tych miłych.
- Co ty tu do cholery robisz? Kim ty jesteś?
- Eee.. Ja.. - jąkam się - Przyszłam w sprawie pracy.
Gryzę się w język. Ja to mam pomysły.
- Jakiej pracy?
Podchodzi do mnie i ściska mnie za ramię. Prowadzi do pomieszczenia z którego właśnie wyszła.
Kiedy wchodzę nie mogę uwierzyć w to co widzę. Stoi tam mężczyzna w fartuchu takim samym jak George i podpina kolorowe kable do czoła mojej mamy! Zaczynam wrzeszczeć.
- Co robicie mojej mamie!? Zostawcie ją!
- Czyli Glimmer to twoja mamusia? - śmieje się kobieta, która trzyma mnie w uścisku - Więc widzisz.. Tak kończą ludzie, którzy chcieli zadrzeć z nami. Z całym Instytutem. Kasujemy jej pamięć i wszystkie wspomnienia, łącznie z tymi związanymi z tobą. Już nigdy jej nie zobaczysz, radzę się pożegnać.
- To mnie puść! - próbuje się wyrwać, ale nic z tego - Rozumiesz? Puszczaj!
- Richard? - zwraca się do człowieka stojącego nad moją mamą - Pośpiesz się, bo po wykasowaniu pamięci będzie nam pilnie potrzebna.
- A co z dziewczyną? - odpowiada jej - przecież nie można jej tak normalnie wypuścić, bo mogłaby powiedzieć o parę słów za dużo swojemu ojczulkowi.
- O to się nie martw - wyjmuję ogromną strzykawkę - już ja się tym zajmę.
Wbija mi ją w ramię i zwalnia uścisk. Ląduje na podłodze.
- Zostawcie mnie.. Nic wam.. - mówię z trudem i nagle wszystko mi się rozmazuje - Nie zrobiłam...
Ktoś podchodzi i bierze mnie na ręce. Ostatnie co widzę to zamykające się drzwi, duży fotel i ostre światła. Płyn ze strzykawki zaczyna działać. Poddaje się.
#Rozdział 4
Otwieram oczy. Leżę na łóżku, wszędzie jest biało, nic nowego. Do pokoju weszły dwie osoby. Zdaję mi się, że wcześniej ich nie widziałam, ale w jednej z nich rozpoznaję Georga. Przysłuchuje się ich rozmowie.
- Mam nadzieję, że już nic nie pamięta. Od razu po jej zaśnięciu podaliśmy jej serum. Już nie jest sobą.
- Doskonale.
- Myślisz, że to zadziała?
- Tak, ponieważ jeszcze niewiele zostało do zrobienia. Obalimy tą korporacje, zobaczysz.
Zastanawiam się przez krótką chwilę o czym oni mówią. Korporacje? Czyżby chodziło o Instytut?
Jedno wiem. Myślą, że już nic nie pamiętam, ale jak widać rzekome serum na mnie nie podziałało. Jestem z siebie dumna. Ale nie cieszę się zbyt długo, bo to co usłyszałam bardzo mnie zdziwiło. Knują coś, ale chyba przeciwko temu co jest złe.
Chrząkam. Obie pary oczu zwracają się zaraz na mnie. Szepty cichną. Wiem, że jeśli o coś zapytają to jestem zmuszona kłamać. Choćby dlatego żeby przeżyć.
- I jak tam Suzan?
- Suzan? Kto proszę? - odpowiadam z nadzieją, że się nabiorą
Mężczyzna stojący obok Georga uśmiecha się szeroko i zabiera głos.
- Od dziś jesteś Linsey Madison - mówi to i podchodzi bliżej - pracujesz dla nas od dłuższego czasu. Zrobisz to co Ci każemy. A teraz wypij to - podaję mi szklankę, a w niej niebieski płyn - do dna.
Patrzę na niego i się waham. Jest szansa na ucieczkę, ale wykonuje to o co mnie poprosił, a raczej kazał. Ciecz nie jest wcale dobra w smaku. Zmuszam się do wypicia, chociaż nie wiem jakie ma to konsekwencję. Zaraz po wypiciu robi mi się nie dobrze.
- Mogę wyjść do łazienki?
- Tylko pod moim nadzorem - odzywa się George - dobrze?
Zgadzam się i wstaję z łóżka. Wychodzę za drzwi, a starszy pan idzie krok w krok za mną. Nagle łapię mnie za ramię
- Stój, Suzan!
- Nie wiem o czym pan mówi. Jestem Linsey. Proszę mnie puścić.
- Nie rób ze mnie głupka. Wiem, że serum nie podziałało.
- To co teraz zrobisz? Zabijesz mnie?
- Nic z tych rzeczy.. Nie zabiję, ale pomogę. Widzisz tamto okno? Wyjdź nim, a potem prosto do furtki. Jedź do domu i ostrzeż tatę. Myślę, że będzie wiedział o co chodzi.
- A co z..
- Idź już! Zanim dowiedzą się, że wypuściłem osobę, która jest im bardzo potrzebna, Szybko!
Biegnę do okna. Jest dość duże i przechodzę przez niego bez trudu. Ląduję na trawniku. Pędzę do tylnego wyjścia. Nie mogę jechać na rowerze. Dzwonię po tatę. Tłumaczę mu wszystko i mówię żeby po mnie przyjechał.
- To poważna firma. Już nie raz mieliśmy z mamą z nimi problemy - zmienia ton głosu na bardziej poważny - uważaj na siebie.
Siadam za wielkim dębem przy drodze. Po pięciu minutach ktoś wychodzi z budynku. Obracam się i wstaję. Ktoś mierzy we mnie pistoletem. Sparaliżowana strachem nie mogę się ruszyć. Wystrzał. Przeraźliwie boli mnie noga, upadam. Czekam aż ojciec przyjedzie po mnie. Za późno. Podchodzi do mnie ta sama kobieta, która wbiła mi wtedy strzykawkę.
- Znów się widzimy. Może tym razem nauczysz się nie wtrącać w nieswoje sprawy. Już nikt nie udzieli ci pomocy - rechocze - jeden z członków twojej rodziny został wyeliminowany. Za to, że ci pomagał. Myślę, że wiesz o kogo chodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz